czwartek, 19 grudnia 2013

Nieśmiertelność? Nie piszę się na to!

          Pośród wielu ciekawych i nadzwyczaj błyskotliwych spostrzeżeń Umberto Eco szczególnie popularne jest to dotyczące pożytków płynących z czytania książek. Autor Imienia róży pisze, iż jest to wręcz namiastka nieśmiertelności:

"... nasz skarb - w porównaniu z analfabetą (albo analfabetą, który nie bierze książki do ręki) - to fakt, że on przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy ich mnóstwo [...] Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności."

          A zatem "nieśmiertelność" - powiada pan Eco. Może jest i tak. Może mamy dzięki książkom okazję zakotwiczyć na jakiś czas w losach innych. Jednak włoski erudyta nie bierze pod uwagę, że naszych egzystencji i bytowań w świecie bohaterów literackich nijak nie można nazwać żywotem równoległym. To zawsze jest "coś kosztem czegoś". Bo wszakże, jeśli ktoś czyta książkę, to przecież nie jest w stanie jednocześnie - dajmy na to - pić wódeczki z kolegami. A z kolei jak ktoś, wybiera się z przyjaciółkami na zakupy, to w tym czasie musi odłożyć na bok Tołstoja czy inną Virginię Woolf. No chyba, że ktoś potrafi pić wódeczkę i jednocześnie debatować o Wojnie i pokoju, albo przymierzać legginsy i rozprawiać o Pani Dalloway. Jednak bądźmy szczerzy, takich ludzi nie ma, a jeśli są, to ja się ich boję, bo to muszą być skończeni degeneraci.

          Druga sprawa, której Umberto Eco pod uwagę nie bierze, to jakość tych nadliczbowych żyć. Z jego słów przebija zachwyt nad tymi istnieniami "w fabule". Śmiem wątpić, że bezzasadny. Bo czy naprawdę tak cudnie jest pobyć jakiś czas pewnym studentem z Petersburga, który popadł nieomal w obłęd, bo uroił sobie, że pożyczoną siekierką ukatrupi niejaką A.I? A może powinniśmy cieszyć się losem pewnego trzydziestoletniego prokurenta bankowego [znanego raptem z imienia i inicjału nazwiska], którego zasztyletowano, z tej jedynie przyczyny, że miał czelność się urodzić? O pewnym kupcu z Warszawy, któremu życie tak zbrzydło, że potraktował się dynamitem, nawet nie chcę wspominać. Rzecz jasna nie podważam wartość dzieł przeze mnie przytoczonych. Nie mam zamiaru być też drugą Małgorzatą Kalicińską [zwolenniczką literatury "ku pokrzepieniu": http://kalicinska.blogspot.com/2013/10/nike.html]. 
          Zadaję tylko pytanie, czy zachętą do czytania powinien być argument, że może sobie człek liznąć innego życia, wejść w nie, pouczestniczyć. Czasem trudno nie odnieść wrażenia, że [tu cytat z pewnego Szkota] to naprawdę jest opowieść wariata pełna furii i wrzasku. A takie życie - jak to powiedziano w jednym ze skeczów nieodżałowanego Kabaretu Potem - to lepiej dobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz