Pośród
wielu ciekawych i nadzwyczaj błyskotliwych spostrzeżeń Umberto Eco szczególnie
popularne jest to dotyczące pożytków płynących z czytania książek. Autor
Imienia róży pisze, iż jest to wręcz namiastka nieśmiertelności:
"...
nasz skarb - w porównaniu z analfabetą (albo analfabetą, który nie bierze
książki do ręki) - to fakt, że on przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy
ich mnóstwo [...] Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności."
A
zatem "nieśmiertelność" - powiada pan Eco. Może jest i tak. Może mamy
dzięki książkom okazję zakotwiczyć na jakiś czas w losach innych. Jednak włoski
erudyta nie bierze pod uwagę, że naszych egzystencji i bytowań w świecie bohaterów
literackich nijak nie można nazwać żywotem równoległym. To zawsze jest
"coś kosztem czegoś". Bo wszakże, jeśli ktoś czyta książkę, to przecież
nie jest w stanie jednocześnie - dajmy na to - pić wódeczki z kolegami. A z
kolei jak ktoś, wybiera się z przyjaciółkami na zakupy, to w tym czasie musi
odłożyć na bok Tołstoja czy inną Virginię Woolf. No chyba, że ktoś potrafi pić
wódeczkę i jednocześnie debatować o Wojnie i pokoju, albo przymierzać legginsy
i rozprawiać o Pani Dalloway. Jednak bądźmy szczerzy, takich ludzi nie ma, a jeśli
są, to ja się ich boję, bo to muszą być skończeni degeneraci.
Druga
sprawa, której Umberto Eco pod uwagę nie bierze, to jakość tych nadliczbowych żyć.
Z jego słów przebija zachwyt nad tymi istnieniami "w fabule". Śmiem
wątpić, że bezzasadny. Bo czy naprawdę tak cudnie jest pobyć jakiś czas pewnym
studentem z Petersburga, który popadł nieomal w obłęd, bo uroił sobie, że pożyczoną
siekierką ukatrupi niejaką A.I? A może powinniśmy cieszyć się losem pewnego
trzydziestoletniego prokurenta bankowego [znanego raptem z imienia i inicjału
nazwiska], którego zasztyletowano, z tej jedynie przyczyny, że miał czelność się
urodzić? O pewnym kupcu z Warszawy, któremu życie tak zbrzydło, że potraktował
się dynamitem, nawet nie chcę wspominać. Rzecz jasna nie podważam wartość dzieł
przeze mnie przytoczonych. Nie mam zamiaru być też drugą Małgorzatą Kalicińską [zwolenniczką literatury "ku pokrzepieniu": http://kalicinska.blogspot.com/2013/10/nike.html].
Zadaję tylko pytanie,
czy zachętą do czytania powinien być argument, że może sobie człek liznąć
innego życia, wejść w nie, pouczestniczyć. Czasem trudno nie odnieść wrażenia,
że [tu cytat z pewnego Szkota] to naprawdę jest opowieść wariata pełna furii i wrzasku.
A takie życie - jak to powiedziano w jednym ze skeczów nieodżałowanego Kabaretu
Potem - to lepiej dobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz