Właśnie skończyłem "odświeżanie" najbardziej znanej powieści Gombrowicza i zastanawiałem się, czy w ogóle cokolwiek w tej kwestii publikować. O Ferdydurke, a właściwie o jej autorze, napisano już chyba wszystko. Gombrowicza spece od słowa pisanego do szczętu przeanalizowali, omówili, zrewidowali, zinterpretowali i co tam kto jeszcze chce... No, może brakuje tylko [i aż!] porządnej biografii tego giganta, takiej bez ściem, bajdurzeń i szkolnej łopatologii. Na osłodę [ale marna to osłoda] można dodać, że nasi wielcy z reguły nie mają szczęścia do biografii. Mickiewicz, Żeromski czy Prus doczekali się raptem przyczynkarskich opracowań [podkreślam, że chodzi o ich żywoty, a nie o spuściznę literacką]. A wracając do Ferdydurke, to postanowiłem, że daruje sobie i Wam truizmów o Formie, Pupie, Gębie itp. i wyłowię tylko jeden, chyba ulubiony, smaczek; perełkę, od której ucha i oka nie sposób oderwać. Niedoścignioną wręcz wirtuozerię Gombrowicza widzimy, w moim przekonaniu, we fragmencie powitania Józia i Miętusa w Bolimowie. Któż z nas nie był świadkiem tej litanii dolegliwości, tej mantry chorobowej, tego indeksu reumatoidalno-wątrobiano-jelitowego. Tylko mała próbka:
"...i rozmowa o chorobach wywiązuje się, łapie i nie popuszcza już. Ciotka jest chora na serce, wuj Konstanty ma reumatyzm, Zosia niedawno zapadła na anemię i skłonna jest do zaziębień, migdały słabe, ale brak środków na radykalną kurację. Zygmunt również cierpi na skłonność do zaziębień, a prócz tego miał fatalną przygodę z uchem, zawiało go w zeszłym miesiącu, kiedy nadeszła jesień z wiatrami i wilgocią. Dosyć — zdawało się niezdrowe natychmiast po przyjeździe wysłuchiwać wszelkich możliwych chorób całej rodziny, ilekroć jednak rozmowa przygasała : — Sophie, parle — szeptała ciocia, i Zosia, by podtrzymać rozmowę, ze szkodą dla własnych ponęt występowała z nową chorobą. Ischias, reumatyzm, artretyzm, łamanie w kościach, podagra, katar i kaszel, angina, grypa, rak i nerwowa wysypka, ból zębów, plombowanie, leniwość kiszek, ogólne osłabienie, wątroba, nerki... [...] Czy był to stały mechanizm, czy zawsze tak przyłapywało każdego, kto przyjechał na wieś, czy na wsi nigdy z nikim nie zaczynało się inaczej, jak tylko poprzez choroby?"
Czyż nie jest to mistrzostwo?! Któż nie był świadkiem i uczestnikiem tych familijnych licytacji na choroby. Zbliżają się święta i niejedno z nas natknie się na ciocię fechtującą bolącą, nomen omen, łydką czy na wujka ze zbolałym dziąsłem. A gdyby ktoś temat [rodzinne kwestie u Gombrowicza] chciał zgłębić, to polecam:
http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Rodzina_jako_zrodlo_cierpien_w_tworczosci_Witolda_Gombrowicza_69.html
Dodać też muszę, że brawa należą się Wydawnictwu Literackiemu, które wreszcie wydało całego Gombrowicza, tak jak ów na to zasługuje: solidnie, estetycznie [choć nieco pstrokato], w twardej oprawie i z ciekawym komentarzem.
Czyż nie jest to mistrzostwo?! Któż nie był świadkiem i uczestnikiem tych familijnych licytacji na choroby. Zbliżają się święta i niejedno z nas natknie się na ciocię fechtującą bolącą, nomen omen, łydką czy na wujka ze zbolałym dziąsłem. A gdyby ktoś temat [rodzinne kwestie u Gombrowicza] chciał zgłębić, to polecam:
http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Rodzina_jako_zrodlo_cierpien_w_tworczosci_Witolda_Gombrowicza_69.html
Dodać też muszę, że brawa należą się Wydawnictwu Literackiemu, które wreszcie wydało całego Gombrowicza, tak jak ów na to zasługuje: solidnie, estetycznie [choć nieco pstrokato], w twardej oprawie i z ciekawym komentarzem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz