Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

Za górami, za lasami ludziom zgotowano piekło

      Wobec tej książki mam wyrzuty sumienia. Może źle to ujmuję, ale naprawdę czuję, że to co myślę o Innym świecie, w kontekście problemów tam poruszonych, jest jakieś niestosowne. Bo czy godzi się mówić o takim dziele, że jest "piękne"? Tak właśnie, uważam, że to jest książka piękna. Nie chodzi, rzecz jasna o temat, o problematykę, o sceny i zdarzania. Chodzi o to, co wynika z samego jej tytułu. Kiedyś wydawał mi się kiczowaty, banalny, do bólu oczywisty. Ale dopiero teraz widzę, że Grudziński inaczej swoich wspomnień zatytułować po prostu nie mógł. 
      Doświadczył bestialstwa wręcz szatańskiego, widział totalitarny terror w niemal najgorszym wydaniu, a opisał to wszystko właśnie niczym opowieść o jakimś nieistniejącym, tajemniczym świecie. Niech się nikt nie obraża, bo czuję do ofiar każdej tyranii ogromny szacunek, ale mam wrażenie, że niczego Innemu światu nie ująłby początek: Za górami, za lasami, gdzieś hen hen daleko, było pewne dziwne i niesamowite miejsce. Piszę to bez odrobiny szyderstwa w głosie. Uważam bowiem, że potęga relacji Herlinga polega na tym, że ma się niekiedy wrażenie, obcowania z czymś nierealnym, niewyobrażalnym, tak odbiegającym od normalności, że aż fantastycznym. Sami pomyślcie.... Gdzieś daleko, na wschodzie jest więzienie, w którym zamyka się ludzi: za nazwisko, za czytanie francuskich książek, za widokówki z Zachodu etc. Głodzi się ich tam, dręczy psychicznie, zabiera nadzieję, zmusza do nadludzkiego wysiłku, pozbawia godności, człowieczeństwa, morduje. Grudziński nie mógł tej książki nazwać inaczej. Gułag dla człowieka z zewnątrz, z normalności, z wolności musi być "innym światem", musi być czymś poza porządkiem naszej planety. Co najważniejsze, wizja Herlinga jest kompletna i pełna. Jego "inny świat" został opisany od szczegółu do ogółu i odwrotnie. Patrzymy na łagier z lotu ptaka i z pozycji wałęsającego się pod nogami szczura. Obserwujemy system jako całość i obcujemy z jego indywidualnymi ofiarami, z ich ranami, wrzodami, odmrożeniami, cuchnącymi buszłatami i mieszkającymi w nich wszami, 
      A niektóre z opowieści Grudzińskiego? Czyż nie brzmią jak legendy, mity, przypowieści, ba jak żywoty świętych? Pomyślcie o Pamfiłowie, którego syn wrócił do ojca niczym biblijny, marnotrawny potomek, o Miszy Kostylewie, który jak honorowi samuraje kaleczy się, by nie służyć okrutnym "panom", o Rusto Karinenie, który niczym nieudana wersja Odysa ucieka z Jercewa do... Jercewa. 
      O tej mrocznej, potwornej [ale podkreślam, "po literacku", pięknej] baśni można by długo. Ja dodam jeszcze, że Grudziński uczynił z niej też przypowieść o człowieczeństwie, człowieczeństwie - dodajmy - wystawionym na najwyższą próbę, człowieczeństwie, z którego nie wszyscy zdali egzamin. I jeszcze do tego wszystkiego okrasił autor swą książkę zdaniami, których mądrość i głębia, wręcz nie licują z miejscem, w którym się narodziły. Oto mój ulubiony cytat: Jedynie samotność jest w życiu człowieka stanem graniczącym z absolutnym spokojem wewnętrznym, z odzyskaniem indywidualności. Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia, które uprzytamnia nagle własną nicość w rosnącym przeraźliwie ogromie wszechświata.

Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat. Zapiski sowieckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.
   

piątek, 31 stycznia 2014

Brzoskwiniówka i denaturat

          Żeby była jasność. Napisałem tydzień temu, że książek, z tych czy innych względów "przywróconych do życia", raczej nie czytam od razu i czekam aż się uleżą. A tymczasem, szczyt hipokryzji, ruszyłem - jak ślepa owca - za tabunami, które na okoliczność filmu Smarzowskiego [Do ciężkiej cholery, czy to on wpadł na pomysł, żeby mianować się "Wojtkiem"?! ] w, pozłocone splendorem Nagrody Nike, dzieło Jerzego Pilcha się zagłębiły. Tu musi pojawić się klika zasadniczych faktów:

  • Primo: To nie moja pierwsza lektura "Mocnego Anioła", a jedynie odświeżenie starej znajomości.
  • Secundo: Do ponownej lektury zabieram sie nie od premiery filmu, ale co najmniej od roku, a zdopingowała mnie szczególnie niedawna lektura Pilchowego Dziennika.
  • Tertio: Nawet najzajadlejszym radykałom zdarza się wziąć urlop od swoich ortodoksji.

          A co do samej książki...
        Zaprawdę wielką przysługę wyrządził szatan [Boga raczej o to nie posądzam] pisarzom, wymyślając alkoholizm. Jakaż bowiem inna choroba jest równocześnie tak degenerująca i uwznioślająca. Jaka dolegliwość upadla i poniża, a zarazem potrafi dodać skrzydeł i wznieść na wyżyny fantazji.
      Od pierwszych zdań książki jest jasne, że mamy do czynienia z dziełem człowieka, który temat wlewania w siebie przemysłowych ilości rozmaitych trunków (z brzoskwiniówką i żołądkową gorzką na czele) wie wszystko, który rzecz zna od podszewki. Ale jeszcze mocnej czujemy, że obcujemy z Literaturą przez duże "L". Ma się wrażenie, że autor panuje nad każdym słowem i każdą frazą, że może i jego bohaterowi, życie wymyka się z rąk, ale on - jako rzemieślnik słowa - na swoim fachu nie tyle, że się zna, ale że jest w nim po prostu mistrzem. 
      Mamy tu do czynienia (pozwolę sobie na frazę ukochaną przez Prezesa Kaczyńskiego) z sytuacją nadzwyczaj ciekawą. Bohaterem jest pisarz "Juruś", którego życiem rządzą trzy demony. "Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu." Z alkoholem w ogóle sobie nie radzi, z kobietami - co najwyżej przeciętnie, ale za to z językiem... Jurek w czasie szpitalnego odwyku odrabia za swych towarzyszy deliryków pracę domową i spisuje ich pijackie konfesje. W snuciu tych opowieści jest niezrównany. Jest to zresztą bolesny, ale jakże znaczący paradoks. Bo Pilch chyba chce powiedzieć, że pisarz może stawić czoła każdemu wyzwaniu, człowiek już niekoniecznie. W dziedzinie słowa - muszę się tu trochę nadąć - może wiele, w życiu gó#no. I powtórzę, pod względem języka [przemyślanego, precyzyjnego, porywającego], pod względem konstrukcji [nielinearnej, dygresyjnej, dykteryjno-anegdotycznej] jest to dzieło niezrównane.

      Ale teraz do tej butelki słodkiej brzoskwiniówki muszę wlać łyżkę denaturatu. Jerzy Pilch w "Pod Mocnym Aniołem" okiełznał alkoholizm jako temat literacki. Niestety nie zmierzył się z alkoholizmem jako problemem  - szukam odpowiedniego słowa - życiowym, egzystencjalnym, fizycznym, fizjologicznym... Nie dotknął pijackiego brudu i smrodu. Jego bohater żyje niemal cały czas w pijackim uniesieniu, w delirycznej ekstazie, a praktycznie nie widzimy go w stanie, który żadnej innej chorobie nie towarzyszy, a nawet jeśli, to nie jest z nią tak immanentnie zrośnięty, w egzystencjalnym gnoju, w emocjonalnym ścieku. Pilch panuje nad każda frazą, ale o bohaterze nie mówi wszystkiego, czegoś nie dostrzega, albo dostrzegać nie chce. Jest za daleko, by poczuć smród, usłyszeć bełkot, zobaczyć rozkład. Nie brak w "Mocnym Aniele" biblijnych parafraz, kulturowych aluzji i cytatów, ale próżno szukać - jakże przecież dla autodestrukcyjnego chlania [podkreślam "chlania", a nie "picia"]  - bełkotu, bezsensu. Warto zwrócić uwagę, że nawet bohaterowie Pilcha są tropami kulturowymi, a nie "żywymi ludźmi" - Don Juan Ziobro, Król Cukru, Przodownik Pracy Socjalistycznej czy Kolumb Odkrywca. Tutaj nawet jak ktoś denaturat pije, to tak wymyślnie, alchemicznie wręcz przyrządzony, że najlepsza whisky się chowa.

      Można by rzec, iż Pilch wydobył z pijaństwa potwora wielkiego, majestatycznego, potwora na miarę biblijnej apokalipsy, którego okiełznał i ujarzmił, by urbi et orbi ogłosić zwycięstwo. Niestety, drugiej bestii, mrocznej, cuchnącej, oślizłej na pojedynek nie wyzwał.

      P.S. Ale tej przyjemności odmówić sobie nie potrafię:

"W końcu bez przesady z pijakami, pijący stanowią margines, przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego."


Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001 .

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Z Gombrowiczem na chorobowym

          Właśnie skończyłem "odświeżanie" najbardziej znanej powieści Gombrowicza i zastanawiałem się, czy w ogóle cokolwiek w tej kwestii publikować. O Ferdydurke, a właściwie o jej autorze, napisano już chyba wszystko. Gombrowicza spece od słowa pisanego do szczętu przeanalizowali, omówili, zrewidowali, zinterpretowali i co tam kto jeszcze chce... No, może brakuje tylko [i aż!] porządnej biografii tego giganta, takiej bez ściem, bajdurzeń i szkolnej łopatologii. Na osłodę [ale marna to osłoda] można dodać, że nasi wielcy z reguły nie mają szczęścia do biografii. Mickiewicz, Żeromski czy Prus doczekali się raptem przyczynkarskich opracowań [podkreślam, że chodzi o ich żywoty, a nie o spuściznę literacką]. A wracając do Ferdydurke, to postanowiłem, że daruje sobie i Wam truizmów o Formie, Pupie, Gębie itp. i wyłowię tylko jeden, chyba ulubiony, smaczek; perełkę, od której ucha i oka nie sposób oderwać. Niedoścignioną wręcz wirtuozerię Gombrowicza widzimy, w moim przekonaniu, we fragmencie powitania Józia i Miętusa w Bolimowie. Któż z nas nie był świadkiem tej litanii dolegliwości, tej mantry chorobowej, tego indeksu reumatoidalno-wątrobiano-jelitowego. Tylko mała próbka:

          "...i rozmowa o chorobach wywiązuje się, łapie i nie popuszcza już. Ciotka jest chora na serce, wuj Konstanty ma reumatyzm, Zosia niedawno zapadła na anemię i skłonna jest do zaziębień, migdały słabe, ale brak środków na radykalną kurację. Zygmunt również cierpi na skłonność do zaziębień, a prócz tego miał fatalną przygodę z uchem, zawiało go w zeszłym miesiącu, kiedy nadeszła jesień z wiatrami i wilgocią. Dosyć — zdawało się niezdrowe natychmiast po przyjeździe wysłuchiwać wszelkich możliwych chorób całej rodziny, ilekroć jednak rozmowa przygasała :  — Sophie, parle — szeptała ciocia, i Zosia, by podtrzymać rozmowę, ze szkodą dla własnych  ponęt występowała z nową chorobą. Ischias, reumatyzm, artretyzm, łamanie w kościach, podagra, katar i kaszel, angina, grypa, rak i nerwowa wysypka, ból zębów, plombowanie, leniwość kiszek, ogólne osłabienie, wątroba, nerki... [...] Czy był to stały mechanizm, czy zawsze tak przyłapywało każdego, kto przyjechał na wieś, czy na wsi nigdy z nikim nie zaczynało się inaczej, jak tylko poprzez choroby?"

          Czyż nie jest to mistrzostwo?! Któż nie był świadkiem i uczestnikiem tych familijnych licytacji na choroby. Zbliżają się święta i niejedno z nas natknie się na ciocię fechtującą bolącą, nomen omen, łydką czy na wujka ze zbolałym dziąsłem. A gdyby ktoś temat [rodzinne kwestie u Gombrowicza] chciał zgłębić, to polecam: 
http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Rodzina_jako_zrodlo_cierpien_w_tworczosci_Witolda_Gombrowicza_69.html

          Dodać też muszę, że brawa należą się Wydawnictwu Literackiemu, które wreszcie wydało całego Gombrowicza, tak jak ów na to zasługuje: solidnie, estetycznie [choć nieco pstrokato], w twardej oprawie i z ciekawym komentarzem.