O Tuwimie można by długo. O Tuwimie można by właściwie w nieskończoność, a w gruncie rzeczy to by nawet wypadało, wszak w ubiegłym roku minęło 60 lat od jego śmierci, a w tym mija 120 od urodzin. Zanim jednak przyjdzie czas na więcej, a obiecuję, że przyjdzie, o wierszu "Mieszkańcy" słów parę. Tu w wersji pisanej: http://www.us.szc.pl/main.php/tl?st=8451&ar=1&id=3600&gs=&pid=10226, a tu śpiewanej, chyba nawet przyzwoicie śpiewanej:
Jest to poetycka publicystyka, nie ma co ściemniać. A może jednak lepiej powiedzieć, że to poetycka socjologia. Socjologia zgryźliwa i przewrotna, ale z jaką klasą podana. Widać od razu, że obywatel Tuwim prymitywnego kołtuństwa nie znosił, obywatel Tuwim prostackie filisterstwo z całą mocą swego pióra zwalczał. Nie wiem czy bezpieczne jest tu używanie słowa mieszczaństwo, bo coś czuję, że poecie chodziło raczej o sposób myślenia [a raczej bezmyślności], o życiową postawę, a nie o miejsce bytowania. Tak samo jest z dzisiejszą "wiochą", która wcale nie jest tożsama z wsią jako taką. To po prostu prymitywne, głupie zachowanie.
Trzeba też stanąć twarzą w twarz z oczywistym problemem, nawet jeśli by miało to zaburzyć nasze sielankowe relacje rodzinne, towarzyskie i sąsiedzkie, czyż nie znamy takich, co to od rana "Bełkocą, bredzą, Że deszcz, że drogo, że to, że tamto." Znacie przecież wszyscy tych "mieszkańców", którzy jęczą "jaki to upał, jak to gorąco", jakby się ku#wa w lipcu mrozu spodziewali.
I rzecz jasna wszystko - jak u bohaterów Tuwima - jest dla nich "wiadome", na każde pytanie znają odpowiedź. Inna sprawa, że tą odpowiedzią są zazwyczaj Żydzi.
I ulubiona sekwencja czynności: wytropienie obiektu, analiza, wnioski i napieprzanie ile wlezie: "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...", że w tamtym sklepie to ten serek jest 4 grosze tańszy, że płytki nierówno położone, że ten synek to do pani taki podobny, że jej brat to miał operację na kręgosłup, i tak dalej, w koło Macieju. Ciebie to oczywiście nic nie obchodzi, ale oni mają misję ewangelizacji, cały świat musi wiedzieć, musi słyszeć...
Państwo "Mieszkańcy" to oczywiście chodzące encyklopedie, światowe agencje prasowe spod klatki schodowej, osiedlowe TVN-y 24. Na wszystkim się znają, eksperci od wszystkiego, od polityki, piłki nożnej medycyny, a ostatnio od badania wypadków lotniczych. Więc nie ma się co dziwić, że - jak to pisał wieszcz: "Warstwami rośnie brednia potworna."
A esencją "mieszkaniowo-mieszczańskiej filozofii" jest wręcz mistyczne, nabożne przywiązanie do "mojej mojszości" do "Własności wielebnej, świętych nabytków, Swoich, wyłącznych, zapracowanych". On zapłacił, to za jego pieniądze on nie odda, nie pożyczy, a weź zepsuj, to się przez 10 pokoleń twoja familia nie wypłaci. Jak mu pani w sklepie 2 grosze nie ma wydać, to tak patrzy jakby orżnęła go na 100 tysięcy. O tym, że wszędzie "złodzieja węszą" to nawet mi się wspominać nie chce, bo wiadomo...
Zaraz się pewnie odezwą głosy typu: kolego, sam lepszy nie jesteś, bo nic innego nie robisz, tylko biadolisz, krytykujesz, narzekasz. Ale jest jedna różnica: ja się nikomu z moją filozofią nie narzucam, nie suszę głowy "somsiadom" i rodzinie. Piszę, i kto chce, niech czyta. A jak nie chce, to niech w swoim mieszkaniu śpi "z mordą na piersi".

Bardzo lubię ten wiersz Tuwima, choć opowiada o tak strasznych, wojennych czasach ...
OdpowiedzUsuńZapraszam na mojego bloga:
http://obejrzaneprzeczytane.blogspot.com/ ;)
Wojennych?!! Bez jaj, nie o to tu chodzi!
OdpowiedzUsuń