Jak donosi dzisiejsza Gazeta Wyborcza, dwoje Kielczan znalazło na śmietniku książkę Marka Edelmana I była miłość w getcie z dedykacją dla Wojciecha Lubawskiego - Prezydenta Kielc. Od razu rzecz trzeba wyjaśnić. To nie prezydent Lubawski okazał się troglodytą i ignorantem. Książkę mu ukradziono. Ale to, jak dla mnie, sprawy nie wyjaśnia. Albowiem, kradzież sama w sobie jest czymś złym. Kradzież książki (nie licząc unikatów, białych kruków) jest czymś zastanawiającym. Kradzież książki prezydentowi miasta jest czymś dziwacznym. Ale już kradzież książki z imienną dedykacją dla prezydenta miasta to po prostu Monty Python. Rzecz jest tym "zabawniejsza", że zuchwałej kradzieży dokonano w Kieleckim Centrum KULTURY [sic!] przy okazji premiery poematu symfonicznego [sic!] Listy z Palcu Zgody. I tu moja felietonistyczna wyobraźnia wysiada. Jak tak dalej pójdzie, to usłyszymy wkrótce, że w na premierze Hamleta w Teatrze Narodowym pobito staruszka, a podczas koncertu Rafała Blechacza mafia zastrzeliła świadka koronnego.
No ale pies trącał kradzież. Od biedy można uznać, że dokonał jej jakiś maniakalny bibliofil. Szalony wielbiciel Edelmana [ a może Lubawskiego...]. Tylko w takim razie, jak, do ciężkiej cholery, książka znalazła się na śmietniku?! Nie czytałem, przyznaję się bez bicia, ale czy aż tak rozczarowała zuchwałego złodzieja? Poczuł się artystycznie i estetycznie oszukany? Jeśli tak, to wolę nie wiedzieć, co zrobił, o o ile przeczytał coś J.L. Wiśniewskiego, albo jakiegoś Greya.
Nie daje mi spokoju ta sprawa, bo brakuje mi to logiki, jakiegoś ogniwa łączącego fakty. Skoro przyszedł na koncert muzyki symfonicznej, znaczy "kulturalny"? Skoro kulturalny, to dlaczego kradnie książki? Skoro już je kradnie, znaczy lubi czytać i książki mają dla niego jakąś wartość. No więc, dlaczego, w mordę kopany, je wyrzuca?! Jak mawiają bracia Rosjanie: biez wodki nie razbieriosz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz