piątek, 31 stycznia 2014

Brzoskwiniówka i denaturat

          Żeby była jasność. Napisałem tydzień temu, że książek, z tych czy innych względów "przywróconych do życia", raczej nie czytam od razu i czekam aż się uleżą. A tymczasem, szczyt hipokryzji, ruszyłem - jak ślepa owca - za tabunami, które na okoliczność filmu Smarzowskiego [Do ciężkiej cholery, czy to on wpadł na pomysł, żeby mianować się "Wojtkiem"?! ] w, pozłocone splendorem Nagrody Nike, dzieło Jerzego Pilcha się zagłębiły. Tu musi pojawić się klika zasadniczych faktów:

  • Primo: To nie moja pierwsza lektura "Mocnego Anioła", a jedynie odświeżenie starej znajomości.
  • Secundo: Do ponownej lektury zabieram sie nie od premiery filmu, ale co najmniej od roku, a zdopingowała mnie szczególnie niedawna lektura Pilchowego Dziennika.
  • Tertio: Nawet najzajadlejszym radykałom zdarza się wziąć urlop od swoich ortodoksji.

          A co do samej książki...
        Zaprawdę wielką przysługę wyrządził szatan [Boga raczej o to nie posądzam] pisarzom, wymyślając alkoholizm. Jakaż bowiem inna choroba jest równocześnie tak degenerująca i uwznioślająca. Jaka dolegliwość upadla i poniża, a zarazem potrafi dodać skrzydeł i wznieść na wyżyny fantazji.
      Od pierwszych zdań książki jest jasne, że mamy do czynienia z dziełem człowieka, który temat wlewania w siebie przemysłowych ilości rozmaitych trunków (z brzoskwiniówką i żołądkową gorzką na czele) wie wszystko, który rzecz zna od podszewki. Ale jeszcze mocnej czujemy, że obcujemy z Literaturą przez duże "L". Ma się wrażenie, że autor panuje nad każdym słowem i każdą frazą, że może i jego bohaterowi, życie wymyka się z rąk, ale on - jako rzemieślnik słowa - na swoim fachu nie tyle, że się zna, ale że jest w nim po prostu mistrzem. 
      Mamy tu do czynienia (pozwolę sobie na frazę ukochaną przez Prezesa Kaczyńskiego) z sytuacją nadzwyczaj ciekawą. Bohaterem jest pisarz "Juruś", którego życiem rządzą trzy demony. "Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu." Z alkoholem w ogóle sobie nie radzi, z kobietami - co najwyżej przeciętnie, ale za to z językiem... Jurek w czasie szpitalnego odwyku odrabia za swych towarzyszy deliryków pracę domową i spisuje ich pijackie konfesje. W snuciu tych opowieści jest niezrównany. Jest to zresztą bolesny, ale jakże znaczący paradoks. Bo Pilch chyba chce powiedzieć, że pisarz może stawić czoła każdemu wyzwaniu, człowiek już niekoniecznie. W dziedzinie słowa - muszę się tu trochę nadąć - może wiele, w życiu gó#no. I powtórzę, pod względem języka [przemyślanego, precyzyjnego, porywającego], pod względem konstrukcji [nielinearnej, dygresyjnej, dykteryjno-anegdotycznej] jest to dzieło niezrównane.

      Ale teraz do tej butelki słodkiej brzoskwiniówki muszę wlać łyżkę denaturatu. Jerzy Pilch w "Pod Mocnym Aniołem" okiełznał alkoholizm jako temat literacki. Niestety nie zmierzył się z alkoholizmem jako problemem  - szukam odpowiedniego słowa - życiowym, egzystencjalnym, fizycznym, fizjologicznym... Nie dotknął pijackiego brudu i smrodu. Jego bohater żyje niemal cały czas w pijackim uniesieniu, w delirycznej ekstazie, a praktycznie nie widzimy go w stanie, który żadnej innej chorobie nie towarzyszy, a nawet jeśli, to nie jest z nią tak immanentnie zrośnięty, w egzystencjalnym gnoju, w emocjonalnym ścieku. Pilch panuje nad każda frazą, ale o bohaterze nie mówi wszystkiego, czegoś nie dostrzega, albo dostrzegać nie chce. Jest za daleko, by poczuć smród, usłyszeć bełkot, zobaczyć rozkład. Nie brak w "Mocnym Aniele" biblijnych parafraz, kulturowych aluzji i cytatów, ale próżno szukać - jakże przecież dla autodestrukcyjnego chlania [podkreślam "chlania", a nie "picia"]  - bełkotu, bezsensu. Warto zwrócić uwagę, że nawet bohaterowie Pilcha są tropami kulturowymi, a nie "żywymi ludźmi" - Don Juan Ziobro, Król Cukru, Przodownik Pracy Socjalistycznej czy Kolumb Odkrywca. Tutaj nawet jak ktoś denaturat pije, to tak wymyślnie, alchemicznie wręcz przyrządzony, że najlepsza whisky się chowa.

      Można by rzec, iż Pilch wydobył z pijaństwa potwora wielkiego, majestatycznego, potwora na miarę biblijnej apokalipsy, którego okiełznał i ujarzmił, by urbi et orbi ogłosić zwycięstwo. Niestety, drugiej bestii, mrocznej, cuchnącej, oślizłej na pojedynek nie wyzwał.

      P.S. Ale tej przyjemności odmówić sobie nie potrafię:

"W końcu bez przesady z pijakami, pijący stanowią margines, przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego."


Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001 .

wtorek, 28 stycznia 2014

Warunek, czyli o honorowych szwoleżerach

          Kapitan Andrzej Rangułt pudłuje. Stojący naprzeciw niego, i będący celem chybionego strzału, porucznik Semen Hoszowski podnosi broń, wie, że trafi, mierzy i... pojedynek zostaje nagle przerwany. To jedna z pierwszych scen Warunku Eustachego Rylskiego. Smakowite, prawda? Tym bardziej smakowite, że kilka godzin wcześniej, Rangułt ocalił Hoszowskiego ściganego przez rozjuszonych Kozaków. Dlaczego teraz ma zginąć z jego ręki? Co się stanie po niepożądanym antrakcie? Trzeba przyznać, że Rylski wie, jak i za które sznurki pociągać, by zjednać sobie czytelnika.
          A z pozoru sprawa wydaje się nieoczywista. Bo, przyznajmy otwarcie, kto dziś chce czytać powieści o kampanii napoleońskiej, o szwoleżerach, o pojedynkach dzielnych kapitanów i poruczników. Kto w ogóle takie książki pisze? Współcześnie polska powieści historyczna sięga w najlepszym razie do czasów II wojny światowej, a najpoczytniejsze są chyba historie o wstrętnych ubekach, dzielnych żołnierzach wyklętych, antykomunistycznej konspirze itp. Rylskiemu się jednak udało. Może dlatego, że nie epatował wielką historią [akcja Warunku dzieje się niejako na zapleczu wielkiej historii, to tejże nieznaczny przypis]. Niby kampania napoleońska, hejże na Moskali, dał nam przykład Bonaparte, a tu Wielka Polska Sprawa gdzieś w tle, na marginesie. Gwoli sprawiedliwości dodać trzeba, że wielkiej historii może i w Warunku nie ma, ale Rylski błyszczy taką wiedzą o epoce, że szapoba.
          Skoro nie o Polsce to o czym? Jakby to archaicznie nie zabrzmiało, trzeba powiedzieć otwarcie: o honorze, o męskości, o odwadze. Nie o odwadze pojmowanej jako ułańska fantazja, ale o odwadze cywilnej, o poczuciu, że czasem trzeba wbrew, na przekór, po swojemu.
          Tym, co nakręca tę książkę, są dwaj bohaterowie:  "pierwszy kawalerzysta Rzeczypospolitej" Andrzej Rangułt i, syn biednego popa, gburowaty, Semen Hoszowski. Tacy inni, a tacy podobni. Łączy ich wszystko i nic. Raz nastają na swoje życie, by zaraz je sobie nawzajem ratować. Darujcie, pretensjonalizm, ale muszę to napisać.  Dla mnie jest to książka o tym, że przyjaźń między mężczyznami zawsze podszyta jest rywalizacją, a w męskiej rywalizacji zawsze jest coś z przyjaźni. U Rylskiego ta przyjaźń jest do bólu szorstka, a rywalizacja do bólu bezwzględna. A jednak zawsze w ostatecznym rozrachunku liczy się honor.
          Czytając Warunek miałem wrażenie [wizja, przyznaję, mocno uproszczona], że to sienkiewiczowski scenariusz który wpadł w conradowskie łapy. Jedyne co można zarzucić Warunkowi, to niewielki rozmiar. Czyta się tę książkę w iście ułańskim tempie, a chciałby człek jeszcze głębiej zatonąć w mrocznych odmętach  szwoleżerskiej duszy.

czwartek, 23 stycznia 2014

O niechęci do książek "na czasie"

            Śpiewał był swego czasu Wojciech Młynarski, że podchodzą mu wolne numery. Ja, pozwalając sobie na parafrazę tych słów i przenosząc je na grunt literatury, muszę powiedzieć, że "podchodzą mnie" numery... uleżałe. Darujcie, musi tutaj paść to słowo. Koślawe, jakieś takie, ni pies ni wydra, ale jednak jedyne pasujące. A rzecz upraszczając, powiem tylko, że mam jakiś dystans do książek będących, znów językowy troll, "na czasie". Co mam na myśli, pisząc książki "na czasie"? Broń Boże nie chodzi mi tylko o premiery wydawnicze, ale o to, co jest aktualnie modne, co "się teraz czyta", co "jest na topie". Mogą to być zarówno rzeczy nowowydane jak i starocie, które z tych czy innych powodów (o tych powodach za chwilę) wróciły nagle do łask.
          I gwoli wyjaśnienia: ja nie mówię, że te książki są złe! Wręcz przeciwnie, czasem "na topie" jest Myśliwski, Gombrowicz, Vargas Llosa czy inna Szymborska. Ale gdy masy zaczytują się akurat w pisarzu Iks, to ja wybieram Igreka. Do Iksa oczywiście wracam, gdy gawiedź rzuci sie na Igreka czy innego Zeta. Dlaczego tak robię? Nie wiem, ale takie stadne czytelnictwo jakoś mnie mierzi,  nawet jeśli jego aktualnym bożkiem jest rzecz wybitna w sensie ścisłym [Pilch mnie nie opuszcza].
          Dlatego też nie rzucam się na nowości i premiery, nawet jeśli są ze wszech miar interesujące. Nowego Myśliwskiego, owszem kupiłem, ale zanim się doń zabiorę, to dużo czasu upłynie. Gombrowiczowego Kronosa na pewno przeczytam, ale niech jeszcze dojrzeje.
          Szczególną awersję mam do książek, które "wracają do łask", bo z lamusa wyciągnęła je....

          ...filmowa ekranizacja: Pamiętam, że gdy w czasach zamierzchłych brałem się za Władcę Pierścieni, o Tolkienie nikt, poza fanami fantasy, nie słyszał. A teraz? Panie, same specyjalysty. Albo Pachnidło. Przed filmem Tykwera Susskind praktycznie nie istniał. Przy okazji dodam, że za frazę: "film lepszy niż książka", tudzież odwrotną, powinno się prać po pysku bez ostrzeżenia.

      ...śmierć autora: Oj gotuje się we mnie jak na "listy bestsellerów" trafiają książki - jakby to nie zabrzmiało - świeżych nieboszczyków. Mrożek umiera - dookoła sami fani groteski, Kapuściński - reportaż rządzi, Lem - Solaris staje się biblią. Czasem można pomyśleć, że najlepsze, co współczesny pisarz może dla siebie zrobić, to po prostu odwalić kitę i na tamtym świecie cieszyć się splendorami.

        ...ważna nagroda: największą radochę miałem, jak w 2011 Nobla dostał Tomas Transtromer. Szlag musiał trafić wszystkich księgarzy z Empikiem [wiem, już ciężko to nazwać księgarnią] na czele, bo jak tu w Polsce zbić kasę na a. poecie b. hermetycznym i trudnym poecie c. dotąd prawie nie wydawanym w Polsce poecie. No, ale gdy Nobla dostaje Alice Munro czy Vargas Llosa, to Allegro huczy jak kombajn, bo przecież to od razu trzeba mieć i przeczytać.

          A ja muszę poczekać, nastawić się, przygotować na czytanie. I wiem, co powiedzą apologeci nowości: z takim podejściem zawsze, będziesz z tyłu, nigdy nie będziesz na bieżąco. Może i tak. Ale ja nie mam ambicji, czytania ze wszystkimi. Nie muszę, w duchu rzecz jasna, drzeć kotów z Panią Dunin czy Panem Wildsteinem o najnowsze płody rodzimego piśmiennictwa. Niech chcę przez modę, trendy i inne takie dać się zapędzić w czytelniczy owczy pęd. Czytam dla siebie, a nie po to, by wraz ze stadem stać na jednej łące. Na mojej stoję sam, a i tak trawka jest tam bardzo zielona i smaczna. Na inne zdążę jeszcze zawitać. 

piątek, 17 stycznia 2014

Borowski, czyli "tragiczny symbol historii"

      Trudno jest mi odnaleźć w pamięci polskiego pisarza, którego los, jakkolwiek to słowo pojmować, byłby tak dojmująco bolesny, naznaczony takim dramatem. Patrzę na jego zdjęcia i zawsze czuję jakiś dysonans, wewnętrzny zgryz. Niemal na każdym lekko pochylona w bok głowa, ciepłe delikatne rysy, nienachalny, dobrotliwy uśmiech, spokojne oczy, bujna czupryna. I zaraz potem wszystko, co się za tym kryje. Jakby całe zło świata się na niego sprzysięgło, jakby miał być manekinem na wystawie pod tytułem: Ile jest w stanie znieść człowiek

          Ma 4 lata, gdy jego ojca zsyłają do łagru, 8, gdy na Syberię trafia matka. Mieszka ze starszym bratem u krewnych i już wtedy musi zetknąć się z głodem  i szalejącym dookoła terrorem. Ojciec wróci z Syberii, gdy Tadeusz będzie miał 10 lat, matka dwa lata później. Osiedlają się w Warszawie, gdzie żyją nadzwyczaj ubogo. 

          "Został aresztowany 25 lutego 1943 roku: szukając narzeczonej wpadł w <<kocioł>> zastawiony przez gestapo." Po trzech miesiącach spędzonych na Pawiaku trafia do obozu w Auschwitz [numer 119 198]. Mordercza praca, głód, terror. Chory na ciężkie zapalenie płuc ociera się o śmierć. W tym samym obozie znajduje się jego ukochana Maria, ale na spotkanie muszą czekać bardzo długo. Wywieziony do Niemiec znów staje na krawędzi życia. W momencie wyzwolenia Dachau waży 35 kilogramów. Kolejne miesiące w obozie dla wysiedleńców pogłębiają traumę. Borowskiego ogrania niechęć do świata, mizantropia, wściekłość na "wszechświatową demokrację". Do Polski wraca wiosną 1946 r. Niech za cały komentarz posłużą słowa pisarza poproszonego o kilka zdań na swój temat do nowego wydania wierszy:

          "Cóż bym [...] napisał? Czy to, że moi bliscy na piętnaście lat przed wojną zwiedzili gruntownie wszystkie więzienia i obozy północnej Azji? Że początek mego wychowania - to była szkoła sowiecka? Czy że na dobry ład nie miałem nigdy życia rodzinnego, bo albo Ojciec siedział pod Murmańskiem, albo Matka była na Syberii, albo ja byłem w internacie [...] czy w obozie? [...] Że zostałem aresztowany... i że widziałem śmierć miliona ludzi, dosłownie, a nie metaforycznie?"

          A potem? Nagły i niespodziewany dla wszystkich skok w "nową religię". Skok, co chyba najdziwniejsze i najbardziej dramatyczne, człowieka, który nie jest naiwny, który barwę słowa sowiecki zna jak mało kto. A zatem dlaczego? Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle przypuszcza [podkreślam "przypuszcza"], że "Partia odkryła, że jest w nim rzadki i cenny skarb: prawdziwa nienawiść". Staje się coraz bardzie dumny i butny, wyniosły i zamknięty. Zwalcza, tonem prokuratora, burżujów, spekulantów i "reakcjonistów". Relacjonuje pokazowe procesy, szkoli młodych literatów, w amerykańskich żołnierzach widzi propagatorów mordowania kobiet i dzieci. 

          Dlaczego popełnił samobójstwo? Poobozowa trauma? Może wyrzuty sumienia, że jest sojusznikiem tych, którzy rozbili mu rodzinę i zniszczyli dzieciństwo. Miał powiedzieć: "Jak nie będę mógł pisać, to nie będę mógł żyć." Zrozumiał, że już dłużej nie może "tak" pisać. "Wersja oficjalna" to rozczarowanie "nową wiarą"... W lipcu 1951 roku jego żona leży w szpitalu, spodziewa się dziecka. On, jak głosi plotka, jest już z inną. Nie umie powiedzieć o tym Marii...? Odkręca gaz...

         Dla mnie na zawsze pozostanie pisarzem trudnym, zamkniętym, "ze skazą". Ale zawsze będę też pamiętał jego bohatera Tadka. Obozowego cwaniaka, dostosowanego, zlagrowanego. Człowieka stamtąd. Borowskiemu, chyba jak nikomu innemu, udało się wejść w psychikę więźnia, który nie łudzi się, nie ma nadziei, dla którego obóz jest już jego światem, który myśli już jego kategoriami. 








poniedziałek, 6 stycznia 2014

Naprawdę straszni "mieszczanie"

          O Tuwimie można by długo. O Tuwimie można by właściwie w nieskończoność, a w gruncie rzeczy to by nawet wypadało, wszak w ubiegłym roku minęło 60 lat od jego śmierci, a w tym mija 120 od urodzin. Zanim jednak przyjdzie czas na więcej, a obiecuję, że przyjdzie, o wierszu "Mieszkańcy" słów parę. Tu w wersji pisanej: http://www.us.szc.pl/main.php/tl?st=8451&ar=1&id=3600&gs=&pid=10226, a tu śpiewanej, chyba nawet przyzwoicie śpiewanej:
          Jest to poetycka publicystyka, nie ma co ściemniać. A może jednak lepiej powiedzieć, że to poetycka socjologia. Socjologia zgryźliwa i przewrotna, ale z jaką klasą podana. Widać od razu, że obywatel Tuwim prymitywnego kołtuństwa nie znosił, obywatel Tuwim prostackie filisterstwo z całą mocą swego pióra zwalczał. Nie wiem czy bezpieczne jest tu używanie słowa mieszczaństwo, bo coś czuję, że poecie chodziło raczej o sposób myślenia [a raczej bezmyślności], o życiową postawę, a nie o miejsce bytowania. Tak samo jest z dzisiejszą "wiochą", która wcale nie jest tożsama z wsią jako taką. To po prostu prymitywne, głupie zachowanie.

          Trzeba też stanąć twarzą w twarz z oczywistym problemem, nawet jeśli by miało to zaburzyć nasze sielankowe relacje rodzinne, towarzyskie i sąsiedzkie, czyż nie znamy takich, co to od rana "Bełkocą, bredzą, Że deszcz, że drogo, że to, że tamto." Znacie  przecież wszyscy tych "mieszkańców", którzy jęczą "jaki to upał, jak to gorąco", jakby się ku#wa w lipcu mrozu spodziewali. 
I rzecz jasna  wszystko - jak u bohaterów Tuwima - jest dla nich "wiadome", na każde pytanie znają odpowiedź. Inna sprawa, że tą odpowiedzią są zazwyczaj Żydzi. 
          I ulubiona sekwencja czynności: wytropienie obiektu, analiza, wnioski i napieprzanie ile wlezie: "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...", że w tamtym sklepie to ten serek jest 4 grosze tańszy, że płytki nierówno położone, że ten synek to do pani taki podobny, że jej brat to miał operację na kręgosłup, i tak dalej, w koło Macieju. Ciebie to oczywiście nic nie obchodzi, ale oni mają misję ewangelizacji, cały świat musi wiedzieć, musi słyszeć...
          Państwo "Mieszkańcy" to oczywiście chodzące encyklopedie, światowe agencje prasowe spod klatki schodowej, osiedlowe TVN-y 24. Na wszystkim się znają, eksperci od wszystkiego, od polityki, piłki nożnej medycyny, a ostatnio od badania wypadków lotniczych. Więc nie ma się co dziwić, że - jak to pisał wieszcz: "Warstwami rośnie brednia potworna." 
          A esencją "mieszkaniowo-mieszczańskiej filozofii" jest wręcz mistyczne, nabożne przywiązanie do "mojej mojszości" do "Własności wielebnej, świętych nabytków, Swoich, wyłącznych, zapracowanych". On zapłacił, to za jego pieniądze on nie odda, nie pożyczy, a weź zepsuj, to się przez 10 pokoleń twoja familia nie wypłaci. Jak mu pani w sklepie 2 grosze nie ma wydać, to tak patrzy jakby orżnęła go na 100 tysięcy. O tym, że wszędzie "złodzieja węszą" to nawet mi się wspominać nie chce, bo wiadomo...

          Zaraz się pewnie odezwą głosy typu: kolego, sam lepszy nie jesteś, bo nic innego nie robisz, tylko biadolisz, krytykujesz, narzekasz. Ale jest jedna różnica: ja się nikomu z moją filozofią nie narzucam, nie suszę głowy "somsiadom" i rodzinie. Piszę, i kto chce, niech czyta. A jak nie chce, to niech w swoim mieszkaniu śpi "z mordą na piersi".