poniedziałek, 10 marca 2014

Część moich "znajomych" na wiadomym portalu społecznościowym bierze udział w  następującej "akcji":

"Zapełnijmy fejsa poezją! Niech ci, którzy nas inwigilują, poczytają przy okazji trochę wierszy. Polub ten wpis, a wyznaczę Ci poetkę lub poetę. Wyszukaj w sieci jeden z jej/jego wierszy, opublikuj na swoim profilu."

Przedsięwzięcie samo w sobie jest oczywiście jałowe, bo polega na swojskim Ctrl-C Ctrl+v. Ciekawej byłoby, gdyby obok publikacji wiersza musiała pojawić się choćby króciutka interpretacja wstawiającego. Ale wiem, za dużo wymagam... Ale nie w tym rzecz.

Mnie zaproponowano Zbigniewa Herberta. Za pewne z racji tego, iż dawnymi laty byłem jego wyznawcą. Pałałem doń miłością ślepą i nieokiełznaną. Z czasem przyszło opanowanie, ale miłość nie wygasła, ani nawet nie osłabła. Stała się chyba nieco dojrzalsza, mniej żywiołowa, bardziej - że tak z grubej rury palnę - kontemplacyjna. Wybrałem wiersz Pan Cogito i długowieczność. Nie dlatego, że jest moim ulubionym, ale w rzeczy samej, cenię go nad wyraz wysoko. 

Herbert, wzgardzony za patos i koturnowość tu jest oczywiście koturnowy i patetyczny, ale paradoksalnie jest to tak ironiczna koturnowość i tak zgryźliwy patos, że aż się gęba cieszy. 

jeśli wierzyć
teologom ptaków
dusza jaskółek
ulatuje do raju
po dziesięciu
ziemskich wiosnach

w tym wieku
panicz Cogito
studiował ze zmiennym szczęściem
IV klasę szkoły powszechnej
i zaczęły interesować go kobiety

Jest w tym wierszu ten oklepany Herbertowski stoicyzm, ale podany jakoś tak ciepło, jest jakby rozminowany, rozbrojony. Zawsze, gdy go czytam, przychodzi mi na myśl cytat z Lemowego Szpitala przemienienia "Wszystko ma swój sens tylko dlatego, bo się kończy". No i tyle w temacie...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Za stary na takie czary


Nie będę się rozpisywał, bo i za bardzo nie ma o czym pisać. Rzecz przemaglowana już po tysiąckroć. Moje wrażenia? Sprawne, w pewnym stopniu nawet "wciągające". Ale nie potrafię wyzbyć się w sobie dorosłości i nie powiedzieć, że jednak posklejane z kawałków, które tu i ówdzie już się widziało. A to biedna sierota tyranizowana przez zastępczą rodzinę, a to magiczna szkoła, a to znowu rywalizacja młodych o prymat w tej czy innej dziedzinie. Drażnią oczywiście skróty i rozwiązania deus ex machina. Czepialstwo nie ma tu jednak racji bytu, bo nie na takich jak ja gagatków "targetowane" było to dzieło. Ten, kto był "projektowanym czytelnikiem" oczekiwał: magii, tajemnicy, dziecięcej przyjaźni, zwycięstwa dobra nad złem i wszystko to dostał. Wiem jednak, że po następne części raczej nie sięgnę. Akademia Pana Kleksa, Alicja w Krainie Czarów, Niziurski, Makuszyński, Nienacki to są moje, że się tak wyrażę, typy. A na owocną znajomość z Harrym chyba się po prostu za wcześnie urodziłem. Zastanawia mnie tylko, czemu się na tę książkę tak zawziął Terlikowski...    

J.K. Rowling, Harry Potter i kamień filozoficzny, wyd. Media Rodzina, Poznań 1997.   

środa, 12 lutego 2014

"Kultura" na śmietniku

      Jak donosi dzisiejsza Gazeta Wyborcza, dwoje Kielczan znalazło na śmietniku książkę Marka Edelmana I była miłość w getcie z dedykacją dla Wojciecha Lubawskiego - Prezydenta Kielc. Od razu rzecz trzeba wyjaśnić. To nie prezydent Lubawski okazał się troglodytą i ignorantem. Książkę mu ukradziono. Ale to, jak dla mnie, sprawy nie wyjaśnia. Albowiem, kradzież sama w sobie jest czymś złym. Kradzież książki (nie licząc unikatów, białych kruków) jest czymś zastanawiającym. Kradzież książki prezydentowi miasta jest czymś dziwacznym. Ale już kradzież książki z imienną dedykacją dla prezydenta miasta to po prostu Monty Python. Rzecz jest tym "zabawniejsza", że zuchwałej kradzieży dokonano w Kieleckim Centrum KULTURY [sic!] przy okazji premiery poematu symfonicznego [sic!] Listy z Palcu Zgody. I tu moja felietonistyczna wyobraźnia wysiada. Jak tak dalej pójdzie, to usłyszymy wkrótce, że w na premierze Hamleta w Teatrze Narodowym pobito staruszka, a podczas koncertu Rafała Blechacza mafia zastrzeliła świadka koronnego.
      No ale pies trącał kradzież. Od biedy można uznać, że dokonał jej jakiś maniakalny bibliofil. Szalony wielbiciel Edelmana [ a może Lubawskiego...]. Tylko w takim razie, jak, do ciężkiej cholery, książka znalazła się na śmietniku?! Nie czytałem, przyznaję się bez bicia, ale czy aż tak rozczarowała zuchwałego złodzieja? Poczuł się artystycznie i estetycznie oszukany? Jeśli tak, to wolę nie wiedzieć, co zrobił, o o ile przeczytał coś J.L. Wiśniewskiego, albo jakiegoś Greya.
    Nie daje mi spokoju ta sprawa, bo brakuje mi to logiki, jakiegoś ogniwa łączącego fakty. Skoro przyszedł na koncert muzyki symfonicznej, znaczy "kulturalny"? Skoro kulturalny, to dlaczego kradnie książki? Skoro już je kradnie, znaczy lubi czytać i książki mają dla niego jakąś wartość. No więc, dlaczego, w mordę kopany, je wyrzuca?! Jak mawiają bracia Rosjanie: biez wodki nie razbieriosz

niedziela, 9 lutego 2014

Za górami, za lasami ludziom zgotowano piekło

      Wobec tej książki mam wyrzuty sumienia. Może źle to ujmuję, ale naprawdę czuję, że to co myślę o Innym świecie, w kontekście problemów tam poruszonych, jest jakieś niestosowne. Bo czy godzi się mówić o takim dziele, że jest "piękne"? Tak właśnie, uważam, że to jest książka piękna. Nie chodzi, rzecz jasna o temat, o problematykę, o sceny i zdarzania. Chodzi o to, co wynika z samego jej tytułu. Kiedyś wydawał mi się kiczowaty, banalny, do bólu oczywisty. Ale dopiero teraz widzę, że Grudziński inaczej swoich wspomnień zatytułować po prostu nie mógł. 
      Doświadczył bestialstwa wręcz szatańskiego, widział totalitarny terror w niemal najgorszym wydaniu, a opisał to wszystko właśnie niczym opowieść o jakimś nieistniejącym, tajemniczym świecie. Niech się nikt nie obraża, bo czuję do ofiar każdej tyranii ogromny szacunek, ale mam wrażenie, że niczego Innemu światu nie ująłby początek: Za górami, za lasami, gdzieś hen hen daleko, było pewne dziwne i niesamowite miejsce. Piszę to bez odrobiny szyderstwa w głosie. Uważam bowiem, że potęga relacji Herlinga polega na tym, że ma się niekiedy wrażenie, obcowania z czymś nierealnym, niewyobrażalnym, tak odbiegającym od normalności, że aż fantastycznym. Sami pomyślcie.... Gdzieś daleko, na wschodzie jest więzienie, w którym zamyka się ludzi: za nazwisko, za czytanie francuskich książek, za widokówki z Zachodu etc. Głodzi się ich tam, dręczy psychicznie, zabiera nadzieję, zmusza do nadludzkiego wysiłku, pozbawia godności, człowieczeństwa, morduje. Grudziński nie mógł tej książki nazwać inaczej. Gułag dla człowieka z zewnątrz, z normalności, z wolności musi być "innym światem", musi być czymś poza porządkiem naszej planety. Co najważniejsze, wizja Herlinga jest kompletna i pełna. Jego "inny świat" został opisany od szczegółu do ogółu i odwrotnie. Patrzymy na łagier z lotu ptaka i z pozycji wałęsającego się pod nogami szczura. Obserwujemy system jako całość i obcujemy z jego indywidualnymi ofiarami, z ich ranami, wrzodami, odmrożeniami, cuchnącymi buszłatami i mieszkającymi w nich wszami, 
      A niektóre z opowieści Grudzińskiego? Czyż nie brzmią jak legendy, mity, przypowieści, ba jak żywoty świętych? Pomyślcie o Pamfiłowie, którego syn wrócił do ojca niczym biblijny, marnotrawny potomek, o Miszy Kostylewie, który jak honorowi samuraje kaleczy się, by nie służyć okrutnym "panom", o Rusto Karinenie, który niczym nieudana wersja Odysa ucieka z Jercewa do... Jercewa. 
      O tej mrocznej, potwornej [ale podkreślam, "po literacku", pięknej] baśni można by długo. Ja dodam jeszcze, że Grudziński uczynił z niej też przypowieść o człowieczeństwie, człowieczeństwie - dodajmy - wystawionym na najwyższą próbę, człowieczeństwie, z którego nie wszyscy zdali egzamin. I jeszcze do tego wszystkiego okrasił autor swą książkę zdaniami, których mądrość i głębia, wręcz nie licują z miejscem, w którym się narodziły. Oto mój ulubiony cytat: Jedynie samotność jest w życiu człowieka stanem graniczącym z absolutnym spokojem wewnętrznym, z odzyskaniem indywidualności. Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia, które uprzytamnia nagle własną nicość w rosnącym przeraźliwie ogromie wszechświata.

Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat. Zapiski sowieckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.
   

czwartek, 6 lutego 2014

Czytelnik to podglądacz

Nie chcę silić się na recenzję tego filmu, bo mój blog dotyczy literatury, a nie X muzy. Nie jest to, powiem krótko, dzieło wielkie i na pewno nie zapisze się w annałach światowej kinematografii. A jednak, "urzekła mnie ta historia" ;-). Dlaczego? Głównie dlatego, że po raz pierwsze spotkałem się z filmem o literaturze, o byciu jej odbiorcą, o relacjach między tekstem a czytelnikiem. Tak przynajmniej postrzegam "U niej w domu" Francoisa Ozona.
     Nauczyciel francuskiego Germian odkrywa w swej, nazwijmy rzecz po imieniu, tępej klasie talent literacki. Młody Calude Garcia okazuje się pisać zajmująco, ekscytująco i wciągająco. Sztampa, nieprawdaż? Pikanterii nadaje temu jednak temat eksplorowany prze młodego literata. Jest nim życie rodzinne jego kolegi Raphy Artole, a szczególnie osoba jego matki, Esther, która fascynuje "Calude'a - podglądacza". Młody prozaik dostarcza nauczycielowi kolejne rozdziały będące zbiorem obserwacji, wrażeń i fascynacji, ale też kpin i szyderstw. Germain i jego żona są pod coraz silniejszym wpływem zwierzeń Claude'a, choć sama historia jest raczej mdła. I tu warto się zatrzymać...

      Bo to, co jest największą siłą tego filmu, to próba pokazania, czym jest literatura. My czytelnicy, dajemy się jej wciągnąć, ulegamy jej, pozwalamy się wodzić za nos. Marzymy, jak nauczyciel Germain, że autor ulegnie naszym podszeptom, że pokieruje fabułą zgodnie z tym, czego oczekujemy. Gdy robi coś innego, potrafimy być wściekli albo podziwiać go jeszcze bardziej. 
      Literatura, mami nas, wkracza w nasze życie, manipuluje nami, prowadzi na manowce, czasem ośmiesza i kompromituje nas, głównie w naszych własnych oczach. Pisarze potrafią być jak młody Calude, uwodzicielscy, z pozoru niewinni, ale skrywający ciemną stronę, bezczelni, aroganccy. Czasem karmią nas prostymi schematami, by za chwilę palnąć w pysk czymś, czego się nie spodziewaliśmy.
      No i to, co jest prawdą przez każdego czytelnika wypieraną ze świadomości. Jesteśmy podglądaczami! Lubimy zaglądać ludziom do kuchni, łazienki i salonu. Czasem patrzymy z dystansu, zaglądamy przez okno. Innym razem wchodzimy do domu, a jeszcze innym uchylamy drzwi sypialni, akurat, gdy ona i on... Wstydź się czytelniku. 


niedziela, 2 lutego 2014

Zaprawdę, powiadam wam... cz. 2

"Gniew ludu, który przecież zapłacił co do grosza, ma zawsze rację za te swoje trzy szylingi od osoby i w razie kontroli biletów może tego dowieść."


Elfriede Jelinek – „Pianistka”

piątek, 31 stycznia 2014

Brzoskwiniówka i denaturat

          Żeby była jasność. Napisałem tydzień temu, że książek, z tych czy innych względów "przywróconych do życia", raczej nie czytam od razu i czekam aż się uleżą. A tymczasem, szczyt hipokryzji, ruszyłem - jak ślepa owca - za tabunami, które na okoliczność filmu Smarzowskiego [Do ciężkiej cholery, czy to on wpadł na pomysł, żeby mianować się "Wojtkiem"?! ] w, pozłocone splendorem Nagrody Nike, dzieło Jerzego Pilcha się zagłębiły. Tu musi pojawić się klika zasadniczych faktów:

  • Primo: To nie moja pierwsza lektura "Mocnego Anioła", a jedynie odświeżenie starej znajomości.
  • Secundo: Do ponownej lektury zabieram sie nie od premiery filmu, ale co najmniej od roku, a zdopingowała mnie szczególnie niedawna lektura Pilchowego Dziennika.
  • Tertio: Nawet najzajadlejszym radykałom zdarza się wziąć urlop od swoich ortodoksji.

          A co do samej książki...
        Zaprawdę wielką przysługę wyrządził szatan [Boga raczej o to nie posądzam] pisarzom, wymyślając alkoholizm. Jakaż bowiem inna choroba jest równocześnie tak degenerująca i uwznioślająca. Jaka dolegliwość upadla i poniża, a zarazem potrafi dodać skrzydeł i wznieść na wyżyny fantazji.
      Od pierwszych zdań książki jest jasne, że mamy do czynienia z dziełem człowieka, który temat wlewania w siebie przemysłowych ilości rozmaitych trunków (z brzoskwiniówką i żołądkową gorzką na czele) wie wszystko, który rzecz zna od podszewki. Ale jeszcze mocnej czujemy, że obcujemy z Literaturą przez duże "L". Ma się wrażenie, że autor panuje nad każdym słowem i każdą frazą, że może i jego bohaterowi, życie wymyka się z rąk, ale on - jako rzemieślnik słowa - na swoim fachu nie tyle, że się zna, ale że jest w nim po prostu mistrzem. 
      Mamy tu do czynienia (pozwolę sobie na frazę ukochaną przez Prezesa Kaczyńskiego) z sytuacją nadzwyczaj ciekawą. Bohaterem jest pisarz "Juruś", którego życiem rządzą trzy demony. "Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu." Z alkoholem w ogóle sobie nie radzi, z kobietami - co najwyżej przeciętnie, ale za to z językiem... Jurek w czasie szpitalnego odwyku odrabia za swych towarzyszy deliryków pracę domową i spisuje ich pijackie konfesje. W snuciu tych opowieści jest niezrównany. Jest to zresztą bolesny, ale jakże znaczący paradoks. Bo Pilch chyba chce powiedzieć, że pisarz może stawić czoła każdemu wyzwaniu, człowiek już niekoniecznie. W dziedzinie słowa - muszę się tu trochę nadąć - może wiele, w życiu gó#no. I powtórzę, pod względem języka [przemyślanego, precyzyjnego, porywającego], pod względem konstrukcji [nielinearnej, dygresyjnej, dykteryjno-anegdotycznej] jest to dzieło niezrównane.

      Ale teraz do tej butelki słodkiej brzoskwiniówki muszę wlać łyżkę denaturatu. Jerzy Pilch w "Pod Mocnym Aniołem" okiełznał alkoholizm jako temat literacki. Niestety nie zmierzył się z alkoholizmem jako problemem  - szukam odpowiedniego słowa - życiowym, egzystencjalnym, fizycznym, fizjologicznym... Nie dotknął pijackiego brudu i smrodu. Jego bohater żyje niemal cały czas w pijackim uniesieniu, w delirycznej ekstazie, a praktycznie nie widzimy go w stanie, który żadnej innej chorobie nie towarzyszy, a nawet jeśli, to nie jest z nią tak immanentnie zrośnięty, w egzystencjalnym gnoju, w emocjonalnym ścieku. Pilch panuje nad każda frazą, ale o bohaterze nie mówi wszystkiego, czegoś nie dostrzega, albo dostrzegać nie chce. Jest za daleko, by poczuć smród, usłyszeć bełkot, zobaczyć rozkład. Nie brak w "Mocnym Aniele" biblijnych parafraz, kulturowych aluzji i cytatów, ale próżno szukać - jakże przecież dla autodestrukcyjnego chlania [podkreślam "chlania", a nie "picia"]  - bełkotu, bezsensu. Warto zwrócić uwagę, że nawet bohaterowie Pilcha są tropami kulturowymi, a nie "żywymi ludźmi" - Don Juan Ziobro, Król Cukru, Przodownik Pracy Socjalistycznej czy Kolumb Odkrywca. Tutaj nawet jak ktoś denaturat pije, to tak wymyślnie, alchemicznie wręcz przyrządzony, że najlepsza whisky się chowa.

      Można by rzec, iż Pilch wydobył z pijaństwa potwora wielkiego, majestatycznego, potwora na miarę biblijnej apokalipsy, którego okiełznał i ujarzmił, by urbi et orbi ogłosić zwycięstwo. Niestety, drugiej bestii, mrocznej, cuchnącej, oślizłej na pojedynek nie wyzwał.

      P.S. Ale tej przyjemności odmówić sobie nie potrafię:

"W końcu bez przesady z pijakami, pijący stanowią margines, przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego."


Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001 .

wtorek, 28 stycznia 2014

Warunek, czyli o honorowych szwoleżerach

          Kapitan Andrzej Rangułt pudłuje. Stojący naprzeciw niego, i będący celem chybionego strzału, porucznik Semen Hoszowski podnosi broń, wie, że trafi, mierzy i... pojedynek zostaje nagle przerwany. To jedna z pierwszych scen Warunku Eustachego Rylskiego. Smakowite, prawda? Tym bardziej smakowite, że kilka godzin wcześniej, Rangułt ocalił Hoszowskiego ściganego przez rozjuszonych Kozaków. Dlaczego teraz ma zginąć z jego ręki? Co się stanie po niepożądanym antrakcie? Trzeba przyznać, że Rylski wie, jak i za które sznurki pociągać, by zjednać sobie czytelnika.
          A z pozoru sprawa wydaje się nieoczywista. Bo, przyznajmy otwarcie, kto dziś chce czytać powieści o kampanii napoleońskiej, o szwoleżerach, o pojedynkach dzielnych kapitanów i poruczników. Kto w ogóle takie książki pisze? Współcześnie polska powieści historyczna sięga w najlepszym razie do czasów II wojny światowej, a najpoczytniejsze są chyba historie o wstrętnych ubekach, dzielnych żołnierzach wyklętych, antykomunistycznej konspirze itp. Rylskiemu się jednak udało. Może dlatego, że nie epatował wielką historią [akcja Warunku dzieje się niejako na zapleczu wielkiej historii, to tejże nieznaczny przypis]. Niby kampania napoleońska, hejże na Moskali, dał nam przykład Bonaparte, a tu Wielka Polska Sprawa gdzieś w tle, na marginesie. Gwoli sprawiedliwości dodać trzeba, że wielkiej historii może i w Warunku nie ma, ale Rylski błyszczy taką wiedzą o epoce, że szapoba.
          Skoro nie o Polsce to o czym? Jakby to archaicznie nie zabrzmiało, trzeba powiedzieć otwarcie: o honorze, o męskości, o odwadze. Nie o odwadze pojmowanej jako ułańska fantazja, ale o odwadze cywilnej, o poczuciu, że czasem trzeba wbrew, na przekór, po swojemu.
          Tym, co nakręca tę książkę, są dwaj bohaterowie:  "pierwszy kawalerzysta Rzeczypospolitej" Andrzej Rangułt i, syn biednego popa, gburowaty, Semen Hoszowski. Tacy inni, a tacy podobni. Łączy ich wszystko i nic. Raz nastają na swoje życie, by zaraz je sobie nawzajem ratować. Darujcie, pretensjonalizm, ale muszę to napisać.  Dla mnie jest to książka o tym, że przyjaźń między mężczyznami zawsze podszyta jest rywalizacją, a w męskiej rywalizacji zawsze jest coś z przyjaźni. U Rylskiego ta przyjaźń jest do bólu szorstka, a rywalizacja do bólu bezwzględna. A jednak zawsze w ostatecznym rozrachunku liczy się honor.
          Czytając Warunek miałem wrażenie [wizja, przyznaję, mocno uproszczona], że to sienkiewiczowski scenariusz który wpadł w conradowskie łapy. Jedyne co można zarzucić Warunkowi, to niewielki rozmiar. Czyta się tę książkę w iście ułańskim tempie, a chciałby człek jeszcze głębiej zatonąć w mrocznych odmętach  szwoleżerskiej duszy.

czwartek, 23 stycznia 2014

O niechęci do książek "na czasie"

            Śpiewał był swego czasu Wojciech Młynarski, że podchodzą mu wolne numery. Ja, pozwalając sobie na parafrazę tych słów i przenosząc je na grunt literatury, muszę powiedzieć, że "podchodzą mnie" numery... uleżałe. Darujcie, musi tutaj paść to słowo. Koślawe, jakieś takie, ni pies ni wydra, ale jednak jedyne pasujące. A rzecz upraszczając, powiem tylko, że mam jakiś dystans do książek będących, znów językowy troll, "na czasie". Co mam na myśli, pisząc książki "na czasie"? Broń Boże nie chodzi mi tylko o premiery wydawnicze, ale o to, co jest aktualnie modne, co "się teraz czyta", co "jest na topie". Mogą to być zarówno rzeczy nowowydane jak i starocie, które z tych czy innych powodów (o tych powodach za chwilę) wróciły nagle do łask.
          I gwoli wyjaśnienia: ja nie mówię, że te książki są złe! Wręcz przeciwnie, czasem "na topie" jest Myśliwski, Gombrowicz, Vargas Llosa czy inna Szymborska. Ale gdy masy zaczytują się akurat w pisarzu Iks, to ja wybieram Igreka. Do Iksa oczywiście wracam, gdy gawiedź rzuci sie na Igreka czy innego Zeta. Dlaczego tak robię? Nie wiem, ale takie stadne czytelnictwo jakoś mnie mierzi,  nawet jeśli jego aktualnym bożkiem jest rzecz wybitna w sensie ścisłym [Pilch mnie nie opuszcza].
          Dlatego też nie rzucam się na nowości i premiery, nawet jeśli są ze wszech miar interesujące. Nowego Myśliwskiego, owszem kupiłem, ale zanim się doń zabiorę, to dużo czasu upłynie. Gombrowiczowego Kronosa na pewno przeczytam, ale niech jeszcze dojrzeje.
          Szczególną awersję mam do książek, które "wracają do łask", bo z lamusa wyciągnęła je....

          ...filmowa ekranizacja: Pamiętam, że gdy w czasach zamierzchłych brałem się za Władcę Pierścieni, o Tolkienie nikt, poza fanami fantasy, nie słyszał. A teraz? Panie, same specyjalysty. Albo Pachnidło. Przed filmem Tykwera Susskind praktycznie nie istniał. Przy okazji dodam, że za frazę: "film lepszy niż książka", tudzież odwrotną, powinno się prać po pysku bez ostrzeżenia.

      ...śmierć autora: Oj gotuje się we mnie jak na "listy bestsellerów" trafiają książki - jakby to nie zabrzmiało - świeżych nieboszczyków. Mrożek umiera - dookoła sami fani groteski, Kapuściński - reportaż rządzi, Lem - Solaris staje się biblią. Czasem można pomyśleć, że najlepsze, co współczesny pisarz może dla siebie zrobić, to po prostu odwalić kitę i na tamtym świecie cieszyć się splendorami.

        ...ważna nagroda: największą radochę miałem, jak w 2011 Nobla dostał Tomas Transtromer. Szlag musiał trafić wszystkich księgarzy z Empikiem [wiem, już ciężko to nazwać księgarnią] na czele, bo jak tu w Polsce zbić kasę na a. poecie b. hermetycznym i trudnym poecie c. dotąd prawie nie wydawanym w Polsce poecie. No, ale gdy Nobla dostaje Alice Munro czy Vargas Llosa, to Allegro huczy jak kombajn, bo przecież to od razu trzeba mieć i przeczytać.

          A ja muszę poczekać, nastawić się, przygotować na czytanie. I wiem, co powiedzą apologeci nowości: z takim podejściem zawsze, będziesz z tyłu, nigdy nie będziesz na bieżąco. Może i tak. Ale ja nie mam ambicji, czytania ze wszystkimi. Nie muszę, w duchu rzecz jasna, drzeć kotów z Panią Dunin czy Panem Wildsteinem o najnowsze płody rodzimego piśmiennictwa. Niech chcę przez modę, trendy i inne takie dać się zapędzić w czytelniczy owczy pęd. Czytam dla siebie, a nie po to, by wraz ze stadem stać na jednej łące. Na mojej stoję sam, a i tak trawka jest tam bardzo zielona i smaczna. Na inne zdążę jeszcze zawitać. 

piątek, 17 stycznia 2014

Borowski, czyli "tragiczny symbol historii"

      Trudno jest mi odnaleźć w pamięci polskiego pisarza, którego los, jakkolwiek to słowo pojmować, byłby tak dojmująco bolesny, naznaczony takim dramatem. Patrzę na jego zdjęcia i zawsze czuję jakiś dysonans, wewnętrzny zgryz. Niemal na każdym lekko pochylona w bok głowa, ciepłe delikatne rysy, nienachalny, dobrotliwy uśmiech, spokojne oczy, bujna czupryna. I zaraz potem wszystko, co się za tym kryje. Jakby całe zło świata się na niego sprzysięgło, jakby miał być manekinem na wystawie pod tytułem: Ile jest w stanie znieść człowiek

          Ma 4 lata, gdy jego ojca zsyłają do łagru, 8, gdy na Syberię trafia matka. Mieszka ze starszym bratem u krewnych i już wtedy musi zetknąć się z głodem  i szalejącym dookoła terrorem. Ojciec wróci z Syberii, gdy Tadeusz będzie miał 10 lat, matka dwa lata później. Osiedlają się w Warszawie, gdzie żyją nadzwyczaj ubogo. 

          "Został aresztowany 25 lutego 1943 roku: szukając narzeczonej wpadł w <<kocioł>> zastawiony przez gestapo." Po trzech miesiącach spędzonych na Pawiaku trafia do obozu w Auschwitz [numer 119 198]. Mordercza praca, głód, terror. Chory na ciężkie zapalenie płuc ociera się o śmierć. W tym samym obozie znajduje się jego ukochana Maria, ale na spotkanie muszą czekać bardzo długo. Wywieziony do Niemiec znów staje na krawędzi życia. W momencie wyzwolenia Dachau waży 35 kilogramów. Kolejne miesiące w obozie dla wysiedleńców pogłębiają traumę. Borowskiego ogrania niechęć do świata, mizantropia, wściekłość na "wszechświatową demokrację". Do Polski wraca wiosną 1946 r. Niech za cały komentarz posłużą słowa pisarza poproszonego o kilka zdań na swój temat do nowego wydania wierszy:

          "Cóż bym [...] napisał? Czy to, że moi bliscy na piętnaście lat przed wojną zwiedzili gruntownie wszystkie więzienia i obozy północnej Azji? Że początek mego wychowania - to była szkoła sowiecka? Czy że na dobry ład nie miałem nigdy życia rodzinnego, bo albo Ojciec siedział pod Murmańskiem, albo Matka była na Syberii, albo ja byłem w internacie [...] czy w obozie? [...] Że zostałem aresztowany... i że widziałem śmierć miliona ludzi, dosłownie, a nie metaforycznie?"

          A potem? Nagły i niespodziewany dla wszystkich skok w "nową religię". Skok, co chyba najdziwniejsze i najbardziej dramatyczne, człowieka, który nie jest naiwny, który barwę słowa sowiecki zna jak mało kto. A zatem dlaczego? Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle przypuszcza [podkreślam "przypuszcza"], że "Partia odkryła, że jest w nim rzadki i cenny skarb: prawdziwa nienawiść". Staje się coraz bardzie dumny i butny, wyniosły i zamknięty. Zwalcza, tonem prokuratora, burżujów, spekulantów i "reakcjonistów". Relacjonuje pokazowe procesy, szkoli młodych literatów, w amerykańskich żołnierzach widzi propagatorów mordowania kobiet i dzieci. 

          Dlaczego popełnił samobójstwo? Poobozowa trauma? Może wyrzuty sumienia, że jest sojusznikiem tych, którzy rozbili mu rodzinę i zniszczyli dzieciństwo. Miał powiedzieć: "Jak nie będę mógł pisać, to nie będę mógł żyć." Zrozumiał, że już dłużej nie może "tak" pisać. "Wersja oficjalna" to rozczarowanie "nową wiarą"... W lipcu 1951 roku jego żona leży w szpitalu, spodziewa się dziecka. On, jak głosi plotka, jest już z inną. Nie umie powiedzieć o tym Marii...? Odkręca gaz...

         Dla mnie na zawsze pozostanie pisarzem trudnym, zamkniętym, "ze skazą". Ale zawsze będę też pamiętał jego bohatera Tadka. Obozowego cwaniaka, dostosowanego, zlagrowanego. Człowieka stamtąd. Borowskiemu, chyba jak nikomu innemu, udało się wejść w psychikę więźnia, który nie łudzi się, nie ma nadziei, dla którego obóz jest już jego światem, który myśli już jego kategoriami. 








poniedziałek, 6 stycznia 2014

Naprawdę straszni "mieszczanie"

          O Tuwimie można by długo. O Tuwimie można by właściwie w nieskończoność, a w gruncie rzeczy to by nawet wypadało, wszak w ubiegłym roku minęło 60 lat od jego śmierci, a w tym mija 120 od urodzin. Zanim jednak przyjdzie czas na więcej, a obiecuję, że przyjdzie, o wierszu "Mieszkańcy" słów parę. Tu w wersji pisanej: http://www.us.szc.pl/main.php/tl?st=8451&ar=1&id=3600&gs=&pid=10226, a tu śpiewanej, chyba nawet przyzwoicie śpiewanej:
          Jest to poetycka publicystyka, nie ma co ściemniać. A może jednak lepiej powiedzieć, że to poetycka socjologia. Socjologia zgryźliwa i przewrotna, ale z jaką klasą podana. Widać od razu, że obywatel Tuwim prymitywnego kołtuństwa nie znosił, obywatel Tuwim prostackie filisterstwo z całą mocą swego pióra zwalczał. Nie wiem czy bezpieczne jest tu używanie słowa mieszczaństwo, bo coś czuję, że poecie chodziło raczej o sposób myślenia [a raczej bezmyślności], o życiową postawę, a nie o miejsce bytowania. Tak samo jest z dzisiejszą "wiochą", która wcale nie jest tożsama z wsią jako taką. To po prostu prymitywne, głupie zachowanie.

          Trzeba też stanąć twarzą w twarz z oczywistym problemem, nawet jeśli by miało to zaburzyć nasze sielankowe relacje rodzinne, towarzyskie i sąsiedzkie, czyż nie znamy takich, co to od rana "Bełkocą, bredzą, Że deszcz, że drogo, że to, że tamto." Znacie  przecież wszyscy tych "mieszkańców", którzy jęczą "jaki to upał, jak to gorąco", jakby się ku#wa w lipcu mrozu spodziewali. 
I rzecz jasna  wszystko - jak u bohaterów Tuwima - jest dla nich "wiadome", na każde pytanie znają odpowiedź. Inna sprawa, że tą odpowiedzią są zazwyczaj Żydzi. 
          I ulubiona sekwencja czynności: wytropienie obiektu, analiza, wnioski i napieprzanie ile wlezie: "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...", że w tamtym sklepie to ten serek jest 4 grosze tańszy, że płytki nierówno położone, że ten synek to do pani taki podobny, że jej brat to miał operację na kręgosłup, i tak dalej, w koło Macieju. Ciebie to oczywiście nic nie obchodzi, ale oni mają misję ewangelizacji, cały świat musi wiedzieć, musi słyszeć...
          Państwo "Mieszkańcy" to oczywiście chodzące encyklopedie, światowe agencje prasowe spod klatki schodowej, osiedlowe TVN-y 24. Na wszystkim się znają, eksperci od wszystkiego, od polityki, piłki nożnej medycyny, a ostatnio od badania wypadków lotniczych. Więc nie ma się co dziwić, że - jak to pisał wieszcz: "Warstwami rośnie brednia potworna." 
          A esencją "mieszkaniowo-mieszczańskiej filozofii" jest wręcz mistyczne, nabożne przywiązanie do "mojej mojszości" do "Własności wielebnej, świętych nabytków, Swoich, wyłącznych, zapracowanych". On zapłacił, to za jego pieniądze on nie odda, nie pożyczy, a weź zepsuj, to się przez 10 pokoleń twoja familia nie wypłaci. Jak mu pani w sklepie 2 grosze nie ma wydać, to tak patrzy jakby orżnęła go na 100 tysięcy. O tym, że wszędzie "złodzieja węszą" to nawet mi się wspominać nie chce, bo wiadomo...

          Zaraz się pewnie odezwą głosy typu: kolego, sam lepszy nie jesteś, bo nic innego nie robisz, tylko biadolisz, krytykujesz, narzekasz. Ale jest jedna różnica: ja się nikomu z moją filozofią nie narzucam, nie suszę głowy "somsiadom" i rodzinie. Piszę, i kto chce, niech czyta. A jak nie chce, to niech w swoim mieszkaniu śpi "z mordą na piersi".